Bal Absolwenta czyli szanujmy wspomnienia

Tu powstał zupełnie nietypowy i obrzydliwie sentymentalny wpis. Jeśli ktoś miałby ochotę na chwilę refleksji, jeśli ktoś zastanawia się nad udziałem w  balu absolwenta/odwiedzeniem szkoły/spotkaniem po wieeeelu latach z kolegami i nie boi się stanąć oko w oko z przeszłością – zapraszam do lektury.

Wydawało mi się, że osiągnęłam już wystarczający poziom stabilizacji życiowej, pewien rodzaj spokoju oraz dystansu do siebie i świata. Wydawało mi się, że dystans ów spowodował nawet pewnego rodzaju zobojętnienie na różnego rodzaju życiowe turbulencje i przeszkody wyrastające na drodze. Parokrotnie przyszło mi do głowy, że człowiek w moim wieku po prostu nie jest w stanie emocjonować się czymkolwiek tak bardzo jak 30 lat temu … Tak myślałam. No i wybrałam się na Bal Absolwenta do miasta, z którego wyprowadziłam się praktycznie 30 lat temu.

Było to doznanie przyjemne, wyjątkowe, ale wywołujące ogrom emocji i zmuszające do refleksji nad swoim życiem,  własnymi sukcesami i porażkami, zmuszające do obejrzenia się za siebie. I do pomyślenia o przemijaniu. I do złożenia samemu sobie  kolejnych obietnic,  że nie będziemy marnować czasu, bo nie mamy go zbyt dużo. I że będziemy korzystać z życia póki możemy.  I że będziemy cieszyć się każdą
chwilą …

Propozycja wzięcia udziału w Balu Absolwenta w moim LO, dokładnie po 30 latach od matury przyszła zupełnie niespodziewanie. Koleżanka, a przy okazji osobista pierwsza i jednocześnie ostatnia żona mojego zacnego przyjaciela z liceum zadzwoniła z niusem. Otóż nasza szacowna szkoła organizuje jubileusz 80-lecia istnienia oraz Bal Absolwenta. Bal organizowany jest co 10 lat, nas jakoś ta przyjemność do tej pory omijała. Aż do tego momentu.

Po chwili zastanowienia i rozważeniu za i przeciw – postanowiłam jechać. Nie bez pewnych obaw, bo przecież pewnie nikogo znajomego nie będzie, bo może być drętwo, bo kawałek drogi trzeba jechać (prawie 4h jazdy samochodem) no i w ogóle czy kogoś ja i ktoś mnie tam pozna?!

Liceum kończyłam tuż przed zmianą ustroju, u schyłku czasów słusznie minionych. Nowe właśnie nadciągały. Materialnie mieliśmy wtedy niewiele. Większość z nas mieszkała w małych mieszkankach w blokach z wielkiej płyty. Nosiliśmy mało wyszukane stroje, naszymi największymi majątkami były magnetofony kasetowe, szpulowe albo gramofony, no i oczywiście kasety i płyty (i to wcale nie CD). U co niektórych pojawiały się pierwsze komputery lub urządzenia komputeropodobne albo nawet i magnetowidy. Słuchaliśmy Trójki, mieliśmy książki, gitary, śpiewniki a przede wszystkich otwarte głowy i serca. Mieliśmy plany, marzenia, ale również lęki i rozterki różnej maści. Mieliśmy siebie, grupę przyjaciół, znajomych bliższych i dalszych. Mieliśmy słabości, wątpliwości, obawy ale także wiarę i moc, którą dawało nam wparcie płynące od siebie nawzajem.

Mieliśmy rodziny, opiekę mamy, obiad podany pod nos (czasem nawet z mięsem wykupionym na kartki). Mieliśmy trochę niepokoju w sobie i chaosu w głowie, był to bowiem czas burzy i naporu (burzy hormonów i naporu głupot wszelakich chyba), za to niewiele obowiązków i odpowiedzialności za innych.

Nie było internetu, tysiąca programów telewizyjnych i radiowych i miliona pokus wyskakujących z każdej witryny sklepowej czy internetowej. Mieliśmy czas na długie, wieczorne filozoficzne rozmowy, na spacery nad rzekę, na rowerowe wycieczki. Spotykaliśmy się często, odwiedzając się  bez zapowiedzi. Wpadaliśmy do siebie na budyń, zapiekankę, ciasto upieczone przez mamę czy herbatkę. Słuchaliśmy dużo dobrej muzyki. Czasem czytaliśmy poezję, a czasem wspólnie męczyliśmy się nas zadaniami z fizyki czy matematyki (głównie ja się męczyłam, świadkowie naoczni to wiedzą:). Znaliśmy rodziców naszych przyjaciół, rodzeństwo i przyjaciół naszych przyjaciół, no i przyjaciół Królika też. Pod koniec liceum czasem w ukryciu wypijaliśmy wspólnie alkohol gadając o sprawach dla nas najważniejszych albo wygłupiając się i gwarząc o kompletnych bzdurach.

To właśnie wtedy przeżywaliśmy swoje wielkie miłości. Uczucia czasem tak silne i jednocześnie tak niedojrzałe, że pewnie nie do powtórzenia nigdy później. Część z tych młodzieńczych miłości przekształciła się w dojrzałą miłość małżeńską, część w dojrzałą przyjaźń i wzajemną troskę, część zapadła na dno (nie)pamięci i rzadko stamtąd wychodzi na światło dzienne. Każde z tych uczuć na pewno zostawiło w nas ślad na zawsze. Nawet jeśli o tym w codziennym życiu nie pamiętamy, nawet jeśli sobie tego nie uświadamiamy.

No a co z tym balem?  No bal był!  W małym gronie przyjaciół z liceum, z którymi trzymamy kontakt i mieszkamy stosunkowo niedaleko siebie postanowiliśmy wyruszyć na tę uroczystość, ostatecznie w liczbie 4 sztuk.

Uroczystości w ciągu dnia, zdjęcia, kwiaty i przemówienia owszem były. Mnie to ominęło, ponieważ dojechałam razem z moim licealnym przyjacielem na tzw. ostatnią chwilę. W przepiękny, ciepły, jesienny wieczór dotarliśmy na miejsce, odebraliśmy zaproszenia i zdążyliśmy na poloneza, który odtańczony (odchodzony?) w nowej hali sportowej dał początek zabawie.

A potem dania ciepłe i zimne lądowały na stołach ustawionych rocznikami. Na stołach pojawił się też alkohol a wraz z nim coraz więcej wspomnień. Tańce były oczywiście również, w pobliskiej sali gimnastycznej, gdzie sprawny zespół grał dla każdego coś dobrego. Nietypowe karaoke, przy akompaniamencie pianisty, który z głowy grał  chyba wszystko co kolejne zastępy wokalistów-amatorów chciały śpiewać, odtwarzając teksty z pamięci lub posiłkując się tekstami z telefonów.

Wokół otaczały nas, na pierwszy rzut oka, same obce twarze, w dużej mierze dojrzałych osób. Ale co chwila jakaś obca twarz stawała się coraz bardziej znajoma,  słała promienny uśmiech a niektóre wykrzykiwały radośnie

– „Cześć, pamiętasz mnie?!”

I w tym momencie odpalał się w mojej głowie gwałtowny proces myślowy. „Chrystusie, co powiedzieć? Kto to jest? Matko, przecież kojarzę, to ta… ten….z tej klasy”  No i ta myśl
„Czy ja też się aż tak zmieniłam?”. Uprzejme koleżeństwo twierdziło, że nic a nic:)

Były też i inne spotkania. Spotykasz po wielu latach koleżankę czy kolegę i nie masz żadnych problemów z rozpoznaniem kto zacz. Twarz prawie ta sama, sposób formułowania myśli, gestykulacja … Rozmowa płynie, bez zbędnych wstępów i kurtuazyjnych zwrotów, bezpośrednio i szczerze. Bo mamy ten jeden wieczór, noc właściwie, nie wiadomo czy i kiedy ponownie się spotkamy, więc szkoda czasu na zbędne ceregiele.

Spotkaniom, rozmowom towarzyszyła czysta radość, otwartość i ciekawość tego drugiego człowieka, dojrzałego człowieka, w którym po chwili rozmowy odkrywasz tego samego licealistę z ubiegłego wieku.

Ludzie się nie zmieniają. Starzejemy się to fakt, tyjemy, siwiejemy albo łysiejemy, rozwijamy w różnych kierunkach, ale w środku siedzi w nas ciągle mała dziewczynka, mały chłopiec, licealista, student…
I pewnie nigdy z nas tak do końca nie wychodzą, nawet jeśli wydaje nam się, że jest inaczej. A patrząc na seniorów w mojej rodzinie, myślę sobie, że dziecko w każdym z nas tylko się ukrywa przez większość dorosłego życia, ale jest. Jest i tylko czeka na dobry moment, żeby znowu rozkwitnąć. Moja mama 80+ jest
czasem znowu 8-letnią Irenką …

Bal rządzi się swoimi prawami, więc była czysta zabawa, tańce, śpiewy, żarty, obserwacje, pełne sympatii „obgadywanie”. Z upływem nocy zabawa zaczęła przeplatać się z opowieściami o życiowych tragediach, chorobach własnych lub naszych bliskich, kłopotach, o których ciężko rozmawiać w takich okolicznościach a jednak w sposób naturalny i takie tematy się pojawiły. Samo życie, które, czy tego chcemy czy nie, przeplata nam płynnie śmiech ze łzami.

Było i wyznanie miłości skrytego wielbiciela: „Boże, jak ja się w tobie kochałem!”, które  padło z ust kolegi z klasy rok niżej, o którego istnieniu szczerze mówiąc nie wiedziałam albo nie pamiętałam (przepraszam, teraz na pewno będę pamiętać:) Mam nadzieję, że wspólny taniec przy piosence Dżemu jakoś zrekompensował ci tę moją obojętność wynikającą z braku świadomości,  że ktoś do mnie wzdycha potajemnie:)

Było też spontaniczne nocne zwiedzanie szkoły. W grupce kilku osób szwendaliśmy się po piętrach szkoły i zaglądaliśmy do „naszych” sal próbując przypomnieć sobie cokolwiek. Niesamowite, jak nagle szufladki pamięci potrafią się otworzyć i wypadają z nich wspomnienia, niektóre całkiem wyraźne …

Poszczególne przedmioty, nauczyciele, zabawne sytuacje … prawie odczuwaliśmy stres przed odpytywaniem z biologii albo matematyki. To niesamowite jak miejsce, ludzie, dany moment potrafią uruchomić uśpione w nas pokłady emocji.  Kiedy wydaje ci się, że minęło tyle lat, że kompletnie niczego nie pamiętasz – kolejna szuflada się otwiera i wypadają z niej kolejne wspomnienia. Podobno jeśli nie pamięta głowa, pamięta ciało. Wszystko jest w nas zapisane. Dla mnie było to ciekawe odkrycie.

Bal trwał prawie do rana. Powrót na piechotę w miłym towarzystwie uśpionymi ulicami miasta, które zdążyłam już prawie zapomnieć uruchomił kolejną lawinę wspomnień. Nie tylko tych związanych ze szkołą. Nikt z mojego dojrzałego życia nie może przypomnieć mi o moim staniu na bramce podczas gry w nogę, o graniu w kapsle, jakimś wygranym konkursie, o domowej roboty ajerkoniaku mojej mamy, o sąsiadach, koleżankach, podwórkowych i szkolnych głupotach … Kolejne szuflady otwierają się z hukiem i wypadają z nich kolejne wspomnienia. Tych otwartych szuflad nie można zamknąć jeszcze przez kilka kolejnych dni.

Wspomnienia, natłok myśli, silne emocje nie pozwalają mi spać mimo pobalowego zmęczenia. 2 godziny snu widocznie tego dnia wystarczą. Pobudka o 7.30 i totalne zanurzenie we wspomnienia ….
Powrót do przeszłości zburzył spokój i spowodował lekkie trzęsienie ziemi. Bardzo potrzebne. Emocje znaczenie silniejsze niż te, towarzyszące kolejnym urodzinom lub noworocznym refleksjom robionym w sylwestrową noc albo noworoczne leniwe popołudnie. Ot taki sporządzony w głowie naprędce rachunek zysków i strat.

Nie chodzi tu wcale o rozpamiętywanie przeszłości, wracanie do lat z obecnej perspektywy prawie beztroskich. Nie chodzi o żałowanie tego czego już nie ma. Chodzi chyba o uporządkowanie tego co jest i przypomnienie sobie, co dla nas samych było i jest najważniejsze. A co jest najważniejsze? Pewnie dla każdego coś innego, sami siebie zapytajcie się o to i poszukajcie odpowiedzi.  Myślę jednak, że bycie z ludźmi, którzy dają poczucie bezpieczeństwa dla wszystkich jest równie ważne.  Tak jak możliwość bycia sobą, zaufanie jakie masz do innych i inni do ciebie, wsparcie jakie otrzymujesz, albo możesz dać …

Ten wyjazd był jak wyciągnięcie z piwnicy czy strychu zakurzonego, zaklejonego taśmą kartonu z mnóstwem przedmiotów z przeszłości, do których na co dzień nie wracasz. Nawet zapominasz o ich istnieniu. Zamknięte w kartonie wspomnienia i powiązane z nimi emocje nagle uwolnione działają z niespodziewaną i zdumiewająco wielką siłą. Mogą wytrącić na chwilę z równowagi, obudzić tkwiące w tobie dziecko i spowodować, że wychodzisz z granych przez siebie ról. Na chwilę stajesz się znowu młodym człowiekiem. I ten właśnie młody człowiek przygląda się tobie – człowiekowi dojrzałemu. I jak to młody człowiek rozlicza, ocenia …

Sytuacja niezwykła, poruszająca, oczyszczająca i pomyślałam, że może warta opisania. Bo za chwilę dziecko wróci do zakurzonego kartonu, emocje opadną i zapomnimy, co dla nas jest tak istotne.

Wyjeżdżając na to spotkanie z przeszłością spodziewałam się raczej dobrej zabawy, chwili przyjemnych wspomnień, no ewentualnie lekkiej nudy czy rozczarowania, ale nawet przez myśl mi nie przeszło, że przyjdzie mi zaglądać głęboko w siebie, dokonywać analiz, rozliczeń … No ale z rozliczaniem dałam radę, w końcu jestem po mat-fizie:)

Emocje opadały kilka dni, w końcu udało się przywdziać z powrotem skorupę i wrócić do codziennego brania życia za bary. Oby tylko odświeżona pamięć zachowała wszystkie cenne wnioski.

Na balu nie zrobiliśmy sobie ani jednego zdjęcia. Nie wiem dlaczego, ot chyba z przejęcia. A może podświadomie nie chcieliśmy widzieć znaków upływającego czasu wyraźnie odciśniętych na naszych postaciach?

Jednak od jednej z koleżanek z klasy,  nie uczestniczącej w spotkaniu, z którą nie miałam kontaktu od matury otrzymałam zdjęcie zrobione na szkolnym korytarzu podczas balu (dziękuję:) Zdjęcie przedstawia 4 dojrzałe osoby. Dwóch panów i dwie panie. Moich dwóch bliskich przyjaciół z klasy, koleżankę z klasy oraz moją skromną postać.  Postanowiłam pokazać je mojej mamie, mocno starszej osobie cierpiącej na zaawansowaną demencję, aby nieco odświeżyć jej pamięć, poruszyć, sprawdzić reakcję.

Pytam więc mamę, kto jest na zdjęciu, bo moim zdaniem powinna nas rozpoznać. Mama przygląda się chwilę, więc ponawiam pytanie: „Poznajesz kogoś na tym zdjęciu?”

No i niestety słyszę odpowiedź: „Ta gruba w zielonym to chyba ty, a tych dwóch łysych obok to nie znam…”
Uśmiechnęłam się, ale nieco kwaśny to był uśmiech. Twierdziłam i dalej twierdzę, że przemijanie jest naturalne, że każdy wiek ma swoje prawa, że każdy przynosi ze sobą coś pozytywnego. Bierzmy co jest i cieszmy się z wieku, w którym właśnie jesteśmy. Młodsi już nie będziemy a ten jest właśnie najlepszy jaki mamy.

A jednak czegoś żal …

Szanujmy wspomnienia, smakujmy ich treść jak mawiają słowa piosenki. Wyciągajmy też wnioski
i starajmy się nie marnować ani chwili z naszego coraz krótszego życia.

To jak? Niech żyje bal … ?

Październik 2018

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *