Egipt w wersji all inclusive czyli Grażynka i Janusz na wakacjach

Gdzie po słońce pod koniec listopada?

Oczywiście najchętniej do Tajlandii, ale co zrobić jak są pewne ograniczenia czasowo-ekonomiczne? Zastanawialiśmy się chwilę, szukaliśmy rozwiązań – Kanary? Maroko? Egipt? Chcieliśmy, jak zazwyczaj, ogarnąć wyjazd samodzielnie. Ale czasu mało, siły mało, chęci jakoś też mało. Postanowiliśmy więc tym razem pójść na łatwiznę i kupić wywczas. Po ustaleniu daty i budżetu zostało nam tylko przejrzeć oferty i dobrze wybrać.

Tanio, ciepło i w miarę niedaleko okazało się jednak być tylko w Egipcie. Przejrzeliśmy wakacje.pl, travelplanet.pl, bezpośrednie oferty kilku biur podróży a nawet podreptaliśmy do punktów sprzedaży bezpośredniej, żeby zasięgnąć tzw. języka.

Listopad w Egipcie to dobra opcja dla tych, którzy źle znoszą upały i nieprzebrane tłumy. Temperatury przyjemne, wieczory nawet przynoszą chłodek. Łatwiej wybrać się na wycieczki fakultatywne, bo upały nie dokuczają. No i podobno tzw. zemsta faraona czyli przymusowe spędzanie części urlopu na tronie jest znacznie mniej prawdopodobne w chłodniejszej porze. Chociaż prawdziwa zemsta dopada podobno rzadko. Faraon mści się raczej na hotelowych gościach za nieumiarkowanie w piciu i jedzeniu:)

W listopadzie w Egipcie, może trochę albo nawet mocno wiać. Podobno najmocniej w Marsa Alam. Nasz wybór ograniczył się więc do Hurgady lub Sharm el Sheik. Zastanowiliśmy się na czym nam w czasie tego wyjazdu zależy najbardziej. Doszliśmy do wniosku, że na świętym spokoju, przyjemnym hotelu i możliwości zobaczenia rafy. Pierwsza myśl o Hurgadzie została porzucona – Hurgada jest podobno duża, głośna a rafa w okolicach zniszczona. Dla osób chcących nieco zwiedzić, pojechać do Luksoru, Doliny Królów, Abu Simbel i Asuanu Hurgada jest lepszą lokalizacją. Jeśli ktoś woli przez tydzień po prostu odpoczywać a może i ponurkować, lepszy będzie wyjazd do Sharm el Sheik. No i pogoda minimalnie lepsza w Sharmie. No więc Sharm. Teraz tylko dobry hotel w dobrej cenie w odpowiednim terminie i … mamy to.

tu byliśmy – Pierniki 🙂

 

Kupienie wyjazdu w dzisiejszych czasach trwa tyle co parę klików w internetach. Kliku-klik i gotowe. W kapciach, bez wychodzenia z domu można kupić prawie wszystko, wczasy też. No i tak zrobiliśmy, na trzy dni przed wyjazdem. To właściwie nasze drugie (po Tunezji) wakacje kupione w biurze. Niech tam ludzie gadają, że poszliśmy na łatwiznę, że all inclusive to wariant niegodny awanturników, podróżników , ale za to godny pierników:)

Niech gadają, a my zmęczeni życiem chcieliśmy spokoju – plan na tydzień to leżing, plażing, drinking, dancing a z wysiłku planowaliśmy tylko drobny – intelektualny czyli krzyżówki  i lekturę.
Śmiejemy się, że all inclusive w Egipcie to wybór trochę z oszczędności, żeby nie powiedzieć z biedy. 4h lotu i z mokrej, zimnej i pochmurnej ojczyzny z temperaturą oscylującą w okolicy 0 stopni przenieśliśmy się do innego świata. Na 20 minut przed lądowaniem świat ten wyglądał dość … pusto, pustynnie, księżycowo wręcz. Życia brak.

Sharm el Sheik z lotu stalowego ptaka

Hotel w Sharm Nabq Bay.

W Sharm el Sheik życie jednak było. Wybraliśmy  5-cio gwiazdkowy (oczywiście w skali egipskiej) Hotel Grand Plaza Resort – prawie 8 dni w opcji all inclusive w cenie 1499 złociszy za wszystko – wydało nam się rozsądną propozycją. Luksus a w zasadzie mały luksusik dostępny dla Grażyn i Januszy (Januszów?). Hotel położony jest co prawda 20 km od centrum Sharmu, w dzielnicy hotelowej Nabq Bay ale w ogóle nam to nie przeszkadzało. Tuż za hotelem mnóstwo jest sklepów, agencji turystycznych i innych atrakcji, jeśli ktoś ich pragnie.  Sam hotel przyzwoity, pokoje duże i jak na egipskie standardy dość czyste. Obiekt rozległy, więc można dostać pokój blisko plaży lub blisko najspokojniejszego basenu i restauracji. Obie opcje dobre i tak trzeba się nachodzić, to jednak poczytujemy na plus.  Na terenie obiektu znajduje się kilka restauracji (2 all inclusive), kilka basenów, kilka barów na zewnątrz. Animacje odbywają się w ciągu dnia a show time, codziennie o 21.30. w hotelowym amfiteatrze. Na terenie hotelu jest kilka sklepów i prywatny gabinet lekarski. Na upartego można przez tydzień nie wychodzić i jest OK.

Goście hotelowi, jak to zwykle bywa międzynarodowi. Dość duża grupa Włochów, sporo starszych Niemców, trochę Polaków, ale głównie goście rosyjskojęzyczni. Pierwsza myśl – to Ruskie czy z Rosji. Okazuje się, że nie. Rosjanie nie będą jeździć do jakiegoś biednego Egiptu, jak Karaiby czy Seszele czekają:). Goście, których określaliśmy jako ruskich okazali się być mieszkańcami Ukrainy, Białorusi i … Kazachstanu. Oczywiście przewaga rosyjskojęzycznych gości determinowała język, jakim posługiwali się animatorzy, kelnerzy, obsługa, a także sprzedawcy w sklepach i wszelkiej maści straganach. Jako, że edukowaliśmy się w czasach, kiedy rosyjski był w szkołach obowiązkowy jak dzisiaj angielski jakoś dawaliśmy radę 🙂

Widok z tarasu z poziomu recepcji, za basenami plaża i morze

 

Pierwszy wieczór po przylocie i kolacji bardzo sympatyczny. Ciepło, drinki przy basenie, palmy nad głową…. cudownie. Aż tu nagle … zaczął się nasz drobny horror, którego nie przewidzieliśmy. KOMARY! Cholerne komary, o których w listopadzie  w Polsce kompletnie nie pomyśleliśmy, więc nie spakowaliśmy niczego prewencyjnego. Zaczęliśmy się skrobać po kończynach, złorzecząc tym malutkim acz krwiożerczym istotom. Obejrzeliśmy show time (fakir i poskramiacz ognia, dobrze zbudowany egipski młodzian odwrócił na jakiś czas uwagę od tych krwiopijców). Po powrocie do pokoju okazało się, że one tam też są! Nie spaliśmy do godziny trzeciej nad ranem.  Bzzzzz … klap ….. bzzzz …. ku… a ja p…. spać się chcę … bzzzz… o nie ….. bzzz … włącz klimę, bo okna nie otworzymy przecież a gorąco jakoś .. .bzzzz…. Listopad, zimny polski listopad ma swoje plusy …. bzzz …. musimy kupić jutro coś na moskity, bo jak tak dalej pójdzie to ja do domu wracam bzzzz ….. chrrrr ….

widok ze baru Luna a nad nami księżyc w pełni, do nóg łaszą się komary

 

Następnego wieczoru było ciut lepiej. Po południu poszliśmy do Pharmacy i wybraliśmy jakiś odstraszacz w postaci psiukanego specyfiku. Działał średnio, ale przynajmniej w pokoju sytuacjia się poprawiła i mogliśmy normalnie spać. A mogło być tak pięknie. Ciepłe, miłe wieczory i te małe potwory – taki pakiet all inclusive.

Pogoda, w Sharmie w listopadzie

Pogodę mieliśmy generalnie dobrą jak na tę porę roku 25-28 stopni w dzień, raczej słonecznie (dwa dni częściowo były pochmurne), wieczory ciepłe lub w miarę ciepłe. Ja nadziewałam sweterek, Piernik siedział twardo w krótkim rękawie, Włosi w kurtkach 🙂  Zdarzyły się też ze 2 dni z silnym wiatrem, co spowodowało wywieszenie czerwonej flagi na pomoście i zakaz kąpieli w morzu.  Grudzień, styczeń, luty w Egipcie są zwykle miesiącami na zwiedzanie a nie na opalanie i kąpanie, chociaż podobno i piękna słoneczna pogodna zdarzyć się może.

My z pogody byliśmy zadowoleni, nie za gorąco, słońce grzało, ale nie paliło. Wszystko jak trzeba. Morze o temperaturze Adriatyku latem lub naszego jeziora w upalne lato. Ciepłe, ale nie bardzo, wejście do wody czasem wymagało paru podejść, ale po zanurzeniu się było wspaniale.

Morze Czerwone jest podobno najcieplejszym morzem świata. Temperatura zimą waha się od 18 do 27 stopni, latem do 25 do 32. Jest też najbardziej zasolonym morzem na świecie (6 razy bardziej niż Bałtyk, ale 7 razy mniej niż Morze Martwe). Zasolenie Morza Czerwonego wystarczy jednak aby swobodnie położyć się na wodzie nawet z rękami pod lub nad głową.

Piernik leży zupełnie swobodnie a ruki wwierch

 

Rafa tuż przy hotelu, dostępna jest z pomostu, chodzenie po rafie jest oczywiście surowo zabronione.  Dość długi pomost przechodzi ponad rafą i kończy się w miejscu, gdzie ściana już biegnie pionowo w dół.  Dalej tylko błękitna otchłań. Woda jest przejrzysta. Z pomostu piękne, kolorowe ryby są na wyciągnięcie ręki. Morze Czerwone i rafa są na pewno jednym z nawiększych bogactw Egiptu.

 

Piernik dzielnie moczy się w wodach Morza Czerwonego i próbuje filmować rafę i ryby

 

Na plaży hotelowej do dyspozycji gości oczywiście są leżaki z parasolami i beach bar, gdzie napoje alkoholowe i bezalkoholowe dostępne są do zmierzchu czyli do godziny ok. 16.30. Nam poza oglądaniem życia pod wodą zostaje leżenie na leżaku, czytanie, konwersacja i obserwacja, czyli słodkie lenistwo aż do zachodu słońca z przerwą na obiad. O to chodziło!

Nie każdy dzień naszego plażowania był słoneczny. I to też trzeba wziąć pod uwagę wybierając się do Egiptu zimą.  Jeśli ktoś nastawił się tylko na smażenie, mógł się troszeczkę rozczarować. Na morzu zdarzały się dni ze sporymi falami, wiatr tarmosił wtedy włosy (raczej nie Piernikowi) ale i tak pogoda lepsza niż zazwyczaj nad Bałtykiem w sezonie. Przynajmniej nie padało:)

Niebo w Egipcie nie zawsze jest czyste i błękitne

Różnokolorowe opaski czyli językowa wieża babel?

Słyszeliśmy o tym, że goście hotelowi są różnicowani ze względu na narodowość. Faktycznie, odkryliśmy, że w zależności od narodowości goście nosili opaski różnego koloru. My trafiliśmy do grupy „słowiańskiej” razem ze wszystkimi rosyjskojęzycznymi gośćmi. Czy to oznacza lepsze lub gorsze traktowanie? Chyba nie, wydaje się, że to rozróżnienie ma na celu dopasowanie języka, w jakim obsługa zwraca się do gości. Do nas przez nasze opaski obsługa z uśmiechem zwracała się po rosyjsku
„Zdraswujtie! Kak dzieła?”

Grażynka z Januszem w Egipcie 🙂

 

Poza hotelem dokładnie to samo. Trochę się na początku denerwowaliśmy braniem nas za ruskich, ale po jakimś czasie próbowaliśmy odpowiadać po rosyjsku i wszystko było OK. Przecież wystarczy spojrzeć – wyglądamy jak ruska para, więc co tu się oburzać:)

Każde wyjście poza bramę hotelu kończy się próbą nawiązania kontaktu z potencjalnymi klientami czyli z nami. Klienci z nas marni, bo nie jesteśmy fanami współczesnej dyscypliny sportowej zwanej shoppingiem, ale Egipcjanie tego nie wiedzieli.
„Where are you from?”
„Smatri, smatri, sumku nie nada?”
„We are from Poland”
„O! Jak się masz!  Lewandowski. Chodź, dobra cena”

Szczerze podziwiamy zdolności językowe sprzedawców w krajach arabskich, ale ich sposoby na „aktywną sprzedaż” są dla nas wyjątkowo męczące i powodują, że nie chce nam się wychodzić poza hotel.  Nie chciało nam się znowu opędzać od natrętnych sprzedawców. My po prostu nie przepadamy za tymi arabskimi zabawami handlowymi. A dodatkowo czasem trzeba było się chwilę zastanowić cóż to za sklep, ponieważ szyldy często są pisane ruskimi bukwami. Uchyliła się nam jednak klapka w głowie, za którą ukryła się dawno nie używana znajomość rosyjskiego. I ledwo, ale jednak udawało nam się rozszyfrowywać szyldy. Zastanawialiśmy się tylko dlaczego na jednym z szyldów widnieje napis CCCP czyli ZSRR, mimo, że taki kraj nie istnieje od lat …

All Inclusive czyli ile organizm może  wytrzymać?

Szczerze mówiąc nasze organizmy wytrzymały tę formułę w miarę dzielnie dlatego, że staraliśmy się korzystać dość rozsądnie i z umiarem, jedząc i pijąc a nie nażerając się i chlejąc. Hotelowa kuchnia trochę nam w tym pomogła, ponieważ serwowane dania były po prostu mdłe. Rozumiem, że pod białego turystę gotuje się inaczej, bezpieczniej, no ale bez przesady. Mięsa, ryby, warzywa, ryż, ziemniaki, makarony – wszystko smakowało dość podobnie. Pomagaliśmy sobie dostępną solą, pieprzem, limonką i smakowymi oliwami, ale efekt był mizerny. Nie wiem, czy to przypadłość tego hotelu czy generalna.

Napoje w opcji zwykłego all inclusive to woda, kawa i herbata, sokopodobne napoje z dystrybutora (obrzydliwie słodkie) i ewentualnie drinki bez alkoholu z miętą, limonką i sztucznym syropem z butelki.
Alkohole lokalne dostępne w opcji to może poza piwem – katastrofa. PIwo jasne, lekkie, dość przyjemne.
Wino? To, co podają trudno nazwać winem. Próbowałam dzielnie białego i czerwonego, ale przerzuciłam się na piwo, ponieważ mimo szczerych chęci (no chęci były:) nie dałam rady tego „wina” pić. Whisky lokalna, nawet z colą chyba jeszcze gorsza niż wino. Stwierdziliśmy że smakuje jak tussipect – taki syrop na kaszel pity w dzieciństwie. Rum z czymś tam może trochę lepszy.

Nie chcąc się dalej mordować tymi darmowymi napojami udaliśmy się w poszukiwaniu sklepu monopolowego. Jak powszechnie wiadomo sklepów monopolowych w krajach muzułmańskich wiele nie ma. Ale kto szuka ten znajdzie. Przy głównej drodze w Sharm Nabq Bay prawie na wprost naszego hotelu był sklepik z winami oraz innymi alkoholami egipskimi. Sklepik prowadzony przez chrześcijanina, Kopta, który zapewniał nas, że polecane przez niego wino jest naprawdę dobre. Uwierzyliśmy, kupiliśmy, spróbowaliśmy. Było nie najgorsze, na pewno o niebo albo dwa nieba lepsze niż to w hotelu z worka albo kartonu.

Podsumowując – jedzenie w opcji all inclusive może być różne w zależności od hotelu. W Grand Plaza Resort było naszym zdaniem co najwyżej średnie. Desery również.

Piernik w okularach i z rurką przygotowuje się w barze „na sucho” do snurkowania

Co robić w hotelu, żeby nie zwariować z nudów?

  1. Człowiek inteligenty się nie nudzi, a jeśli to niech poczyta książkę
  2. zażywać kąpieli morskich i basenowych oraz szukać (oczami) pięknych okazów morskiej fauny
  3. brać udział w grach i zabawach organizowanych przez animatorów
  4. oglądać wieczorami show time albo pójść na dyskotekę
  5. kupić wycieczkę fakultatywną, jest w czym wybierać
  6. opalać się, leżeć pod parasolem, jeść w restauracji, pić piwko w barze i zawsze uatrakcyjniać sobie te czynności obserwowaniem innych wczasowiczów
  7. odpoczywać trzeba umieć – trzeba dać raz w roku i ciału i duszy po prostu nic nie robić, ucieszą się 🙂

Chcieliśmy odnieść się do kilku powyższych punktów.

Pkt. 3 gry i zabawy, aktywności sportowe przynoszą radość wtedy, kiedy bierze się w nich udział. Nam udało się dwukrotnie wziąć udział w zajęciach aqua gym czyli wodnym aerobiku. Zajęcia prowadzone oczywiście po rosyjsku, adin, dwa tri, nóżka prawa, rączka lewa, kupa śmichu. Generalnie nie lubimy takich zabaw, ale na urlopie – wszystko jest inaczej.

Pkt. 4 Show time o 21.30 jest godzinnym programem rozrywkowym albo przygotowanym przez animatorów albo zaproszonych gości. Poziom tych występków bywa różny, wieczór egipski z tańcem derwisza (polecamy), tańcem brzucha (ros. taniec żywota:) w wykonaniu pięknej dziewczyny i pokazami akrobatycznymi był naprawdę bardzo dobry.

 

To derwisz wiruje spódnicami, mało widać, ale może lepiej mało niż wcale:)

 

Dyskotekę też zaliczyliśmy. Mały klubik – prawie 100% disco-gości  stanowiły rosyjskojęzyczne dziewczęta + jeden polski, nietrzeźwy kogut w wieku piernikowym oraz my, też w wieku piernikowym, ale nieco trzeźwiejsi.
DJ uznał, że ruskie disco będzie tym, co krasawice lubią najbardziej i tylko od czasu do czasu przeplatał je z utworami latino. Próbowałam interweniować, na chwilkę tylko pomogło:) No, ale nóżką zakręciliśmy raz i drugi, było OK.

Pkt. 5 Wycieczki fakultatywne z Sharmu oczywiście są i wybór jest spory od długich do Petry, Kairu (tylko samolotem) i Jerozolimy przez kilkugodzinne do Klasztoru Św. Katarzyny, na Górę Mojżesza  czy do Kolorowego Kanionu po krótkie atrakcje jak np. quady na pustyni czy godzinny rejs łodzią z przeszklonym dnem.

Jedna uwaga – wycieczki oferowane przez biura podróży w hotelach są przynajmniej 2 razy droższe niż te oferowane w egipskich agencjach, których jest mnóstwo. Polskojęzycznego przewodnika, jeśli jest taka potrzeba, też można znaleźć na zewnątrz. Warto rozważyć tę opcję zakupu wycieczki bez pośrednictwa biura podróży.

Pkt. 6. Obserwowanie współwczasowiczów jest nieodzownym elementem wczasów. Słowem wstępu – obserwowanie w naszym wykonaniu nie ma nigdy na celu złośliwego obgadywania, wyśmiewania itp. Jest życzliwym przyglądaniem się w celu umilenia sobie czasu albo nauczenia się czegoś nowego o ludziach i o sobie samym.

zmierzch nad hotelowymi basenami, życie przenosi się do barów

 

My przyglądaliśmy się np. muzułmańskim parom cieszącym się z urlopu. Do tej pory nie znaleźliśmy potwierdzenia, że kobiety muzułmańskie są takie biedne, uciemiężone i dbają tylko o komfort partnera. My widzieliśmy coś zupełnie przeciwnego, ale to tylko obserwacje czynione w hotelu. Przyglądaliśmy się rodzinom z Kazachstanu, młodszym, starszym,  babuszce w chusteczce na głowie, dwóm muzułmańskim dziewczynom przesiadującym wieczorami w barze, młodym Ukraińcom z dziećmi, niemieckim emerytom opiekującym się sobą nawzajem, włoskim rodzinom z rozwrzeszczanymi dzieciakami oraz naszym rodakom.
My pewnie też byliśmy obiektem dyskretnych obserwacji, cóż taka hotelowa zabawa 🙂

Atrakcją na miejscu może być przejażdżka na wielbłądzie po plaży

 

Mieliśmy na oku m.in. Ałłę Pugaczową (kawał kobitki w kolorowych, powiewnych i powabnych sukniach z burzą rudych półdługich włosów, towarzyska singielka w wieku piernikowym podobna do słynnej radzieckiej pieśniarki). Obserwowaliśmy również tajemniczego mężczyznę ok. 50-letniego, który przez cały dzień chodził w białym mięsistym szlafroku ze złotymi literami DJ wyszytymi na plecach, w ciemnych okularach w złotej oprawie, miał na ręku ogromny złoty zegarek, a na szyi ogromny złoty łańcuch zakończony dyndającym na nim ogromnym złotym symbolem euro. Stwierdziliśmy, że to jak nic ruski raper, pewnie jakiś znany, tylko nie nam. Ruski raper w opisanym stroju zjadał również obiady w restauracji, do kolacji przebierał się zaś w równie szykowny i elegancki szary dres. Patrzyliśmy na niego jak na niecodzienne zjawisko. Obok niego kobieta również w sile wieku, może przeciętna pod względem  urody, ale uśmiechnięta, pogodna i nieprzeciętna pod względem chęci wspierania ruskiego rapera w każdej czynności. Ogromne było nasze zdumienie, kiedy  okazało się, że ruski raper mówi po polsku i jest przedsiębiorcą z centralnej Polski. No szok i niedowierzanie.

Z dużym zainteresowaniem obserwowaliśmy również niektóre rosyjskojęzyczne panie, które na plażę przychodziły w pełnym makijażu, błyszczących T-shirtach, złotych strojach kąpielowych i czapeczkach  bejsbolówkach wysadzanych diamencikami. Czułam się przy nich nieco … zbyt zwyczajnie, ale w tych świecidłach czułabym raczej spory dyskomfort. Piernik zajmował się również obserwowaniem, jakie danego dnia pośladki leżą na plażowych leżakach. Listopad to może nie wysoki sezon na ładne pośladki, ale zawsze kilka fajnych się trafiło. W końcu na urlopie i oczy odpocząć od komputera muszą. Piernik często więc nakładał drogi do beach baru, żeby przejść przez plażę np. przez sektor włoski i rozejrzeć się w terenie:)

Piernikowy old romantic a w tle morze jakby bardziej czerwone

Sharm el Sheik – jak się dostać do centrum z Nabq Bay?

Po trzech dniach leżenia, jedzenia i odpoczywania zdecydowaliśmy ruszyć się z hotelu nieco dalej niż do sklepiku obok. Planowaliśmy wycieczkę do Klasztoru Św. Katarzyny i Kolorowego Kanionu, w końcu jednak nie wybraliśmy się na nie.

Postanowiliśmy na własną rękę ruszyć do centrum Sharmu oddalonego od Nabq Bay i naszego hotelu o ok 20 km. Możliwości transportowe to oczywiście proponowana przez hotel limuzyna w cenie 20-25 dolków, taxi z ulicy – cena umowna i najtańsza opcja – złapanie na ulicy busa rozwożącego pracowników hotelowych. Oczywiście wybieramy tę najtańszą i najbardziej lokalną opcję. Granatowe busiki jeżdżą wahadłowo cały czas w dużej ilości, częściej niż metro w Warszawie.  Cena dla turysty też umowna, ale 1 dolar za osobę znajduje akceptację kierowcy. Nam też pasuje.  Przystanków brak, busiki zatrzymujemy na ulicy. Często busiki zatrzymują się przy turystach po prostu trąbiąc a kierowcy sami zachęcają do skorzystania z podwózki. Nie ma z tym żadnego problemu. Po zmroku również. Busiki i taksówki często jeżdżą bez świateł, ale nikomu to nie przeszkadza. Po drodze posterunki policji z długą bronią powszechne.

Widok z busika w drodze z Sharmu do Nabq Bay

 

Co zobaczyć w Sharm el Sheik?

Sharm el Sheik w obecnym kształcie jest nieco sztucznym tworem. Od 1967 roku podczas okupacji izraelskiej Sharm zaczął przekształcać się z małej, epipskiej osady rybackiej w turystyczny kurort. Zaczęły powstawać hotele, ośrodki nurkowe, miejsca rozrywek wszelakiej maści. Sharm ostatecznie w egipskie władanie wrócił w 1982 i stał się najpopularniejszym ośrodkiem turystycznym nazywanym „Perłą Egiptu”.

Dla nas jednak szczerze mówiąc miejsca, które widzieliśmy były albo totalnym kiczem w amerykańskim stylu przygotowanym na potrzeby turystów, albo arabskim nieładem z charakterystycznymi niedokończonymi budowami, śmieciami i brudnymi kociakami.

Nietypowy, a może jednak typowy obrazek z Sharm el Sheik, okolice meczetu Al Mustafa

 

Postanowiliśmy zobaczyć największy chyba meczet w Sharmie – Al Mustafa Mosque, niestety tylko z zewnątrz oraz położony nieopodal meczetu ortodoksyjny kościół koptyjski The Heavenly Cathedral. Niestety nie udało nam się zobaczyć pięknych malowideł we wnętrzu kościoła, czego bardzo żałujemy.

Meczet Al Mustafa

 

Kościół Koptyjski The Heavenly Cathedral

 

Oba obiekty są nowe, ale warte obejrzenia. Miejscem polecanym w Sharmie jest Old Market orientalny bazar w starszej części miasta. Nie dotarliśmy tam, dotarliśmy jednak do Naama Bay wieczorem i to co zobaczyliśmy trochę nas rozczarowało. Zastaliśmy rodzaj wielkiego pasażu połączonego z centrum handlowo-restauracyjnym. Dziesiątki, setki sklepików, sklepów, barów, restauracji, kasyno, disco. Ludzi pod koniec listopada niewiele, miejsce na zakupy i rozerwanie się pewnie dobre, ale jak wspominaliśmy nie jesteśmy fanami shoppingu. Za to mrugające neony, hotel na hotelu, sklep na sklepie oraz restauracje umiejscowione ciasno na plaży jakoś nas nie przekonały. Oczywiście co kto lubi, miejsce dla części odwiedzających może być atrakcyjne.

Zagubione Pierniki w neonowym świecie w Naama Bay

 

W Naama Bay najpiękniejsze były koty

 

Morze Czerwone z okien busika

 

7 dni prawie „nicnierobienia”. Rzadki luksus, na które większość z nas w codziennym życiu nie ma co liczyć. Na szczęście Pierniki w naszym wieku zwykle mogą zostawić swoje pociechy i szalenie istotne zajęcia i udać się na zasłużony przecież odpoczynek. Polecamy, chociaż jak twierdzimy, all inclusive jest dla twardzieli. Trzeba wykazać się zdrowiem, odpornością psychiczną, czasem wytrzymałością, czasem wyrozumiałością a czasem asertywnością.

Lot powrotny o 3.30 męczący ze względu na porę i brak snu. Ale za to dana nam była możliwość zobaczenia zachwycającego widoku

Fragment Kairu nocą. Kair ciągnie się kilometrami, jest ogromny

 

I wisienka albo truskawka na torcie. Wschód słońca ponad chmurami. Absolutnie urzekający widok. Można patrzeć i patrzeć ale spać się chciało okrutnie.

 

Lądowanie w o 6.30 rano na mroźnym Okęciu już takie przyjemne nie było. Egipt nie był naszym wymarzonym kierunkiem, ale mamy niedosyt. Może wrócimy zobaczyć Nil, Luksor, Dolinę Królów i popatrzeć znowu na rafę….

Listopad 2018

2 Replies to “Egipt w wersji all inclusive czyli Grażynka i Janusz na wakacjach

  1. Szukałam coś o kotach w Egipcie i przypadkiem …trafiłam na twój Blog o kotach nic nie znalazłam ale…zostałam twoja fanką …strasznie się uchichałam…serdeczne pozdrowienia dla Ciebie i Piernika. Opis super

    1. Bardzo nam miło, że udało się wywołać uśmiech na Twojej twarzy. W Egipcie rzeczywiście bywało zabawnie. A koty w Egipcie też były, w całkiej dużej ilości. W naszym domu kot 5 lat temu przejął rządy i niestety nie chce oddać władzy:)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *