Góry Stołowe i okoliczne uzdrowiska – lekka wersja dla Pierników

Pierniki zdobywają Góry Stołowe

Trzy dni urlopu + weekend – tyle na razie udało się wykroić na kolejny wyjazd. Tym razem w wyborze miejsca pomogła nam prognoza pogody. Najszybciej miała się poprawić w dolnośląskim, więc tuż przed wyjazdem rozpoczęliśmy poszukiwania w internecie zacnego acz niedrogiego miejsca dla dwóch Pierników.

Może Lądek-Zdrój, w którym byłam ostatnio jako najmłodsza 17-letnia kuracjuszka w sanatorium dla dorosłych i gdzie poznałam smak uzdrowiskowego życia? Czyli podróż sentymentalna … ale przypomniało mi się, że na Ziemii Kłodzkiej stoją przecież Góry Stołowe a tam można zobaczyć takie cuda jak Błędne Skały i Szczeliniec Wielki. Tak, tam chcemy jechać! Tylko jeszcze nocleg i ruszamy.  Środek sezonu, lipiec wszakże, pogoda ma być dobra więc i miejsca, które wydawały się dla nas odpowiednie niestety były wyprzedane.

W końcu ostatniego wieczoru łapiemy pensjonat w Zieleńcu i stamtąd postanawiamy objeżdżać okolice.
Cały ten wyjazd był nieco bez planu, spontaniczny, ale i wyjątkowo udany.

Ruszyliśmy z Warszawy o godz. 15 i momentami w ścianie deszczu dojechaliśmy po nieco ponad 5h do Dusznik-Zdroju, gdzie wciągnęliśmy jakąś pizzę i zmęczeni dotarliśmy już po ciemku na wcześniej upatrzoną pozycję w pensjonacie w Zieleńcu. Rano okazało się, że okoliczności przyrody całkiem sympatyczne, widoki przyjemne, a sam pensjonat … może być. Zgodnie z naszą zasadą chwalimy z nazwy miejsca, które nam się naprawdę podobały, w którym dobrze się czuliśmy, odradzamy cokolwiek niezwykle rzadko, w tym przypadku było po prostu mocno przeciętnie, więc przemilczymy kwestię zielenieckiego noclegu. Sam Zieleniec pewnie zimą pęka w szwach a życie w nim tętni jak wiosną na ukwieconej łące. Latem jednak można nieco odetchnąć,  ludzi nie za wiele, nikt się nie zadeptuje, więc polecamy.

Błędne Skały


Pierwszego dnia postanowiliśmy ruszyć na Błędne Skały – położony na wysokości ok. 850 m malowniczy skalny labirynt na skraju Parku Narodowego Gór Stołowych kilka kilometrów od Kudowy – Zdrój, dokładnie na granicy polsko-czeskiej.  Chcieliśmy dojechać do nich samochodem, dojazd jest możliwy aż na górny parking a z niego do Błędnych Skał jest już kilka kroków. Ruch jednak puszczany jest wahadłowo w górę i w dół naprzemiennie co godzinę.  Akurat musielibyśmy czekać ponad pól godziny, zostawiliśmy więc samochód na dolnym parkingu i zdecydowaliśmy się iść zielonym szlakiem po prawej stronie w górę.

Droga na Błędne Skały

 

Droga wg oznaczeń na ok 1h, podobno łatwa. No zależy dla kogo …. ja, osoba sprawna inaczej, uzbrojona w kije trekkingowe i Piernika ramię ruszyłam w górę. Słoneczko przypiekało, widoki coraz piękniejsze, przy ścieżce drewniana poręcz, generalnie miło i przyjemnie, ale z czasem coraz stromiej, nogi się trzęsły, tchu brakowało, cukier spadał, serce o mało nie wyskoczyło z umęczonej klatki. Ale widoki rekompensowały trudy.

Droga na Błędne Skały. widoki piękne, tchu brak

 

W drodze na Błędne Skały

 

Końcówka trasy zupełnie przyjemna, prowadziła żwirową alejką i drewnianą kładeczką wśród torfowisk (całkiem jak w Biebrzańskim Parku Narodowym, który odwiedziliśmy niedawno).

końcówka trasy na Błędne Skały – kładka przez torfowisko

 

Wreszcie dotarliśmy do górnego parkingu (20 zł w kieszeni) i do Błędnych Skał a w zasadzie kasy biletowej przed wejściem. No i tu troszkę się zachwyt zmniejszył, odwrotnie proporcjonalnie do ilości ludzi czekających na wejście. Ale w końcu są wakacje i jest to miejsce bardzo turystyczne i łatwo dostępne (samochodem).
Bilet kosztuje 10 zł, można kupić on-line rejestrując się wcześniej na portalu parków narodowych https://pngs.eparki.pl/. Trasa między skalnymi formacjami wiedzie po drewnianej kładce, co po ostatnich deszczach było zbawienne. Samo przejście zajmuje około 30 minut, trasa jest łatwa, ale miejscami wymaga pochylenia czy w zasadzie pokłonienia się skałom

lub też wciągnięcia brzucha albo zdjęcia plecaka (co kto ma).

Formy skalne ciekawe a ich nazwy jeszcze bardziej,

minus – idziemy trasą noga za nogą z tłumem, ale cóż … trzeba było po prostu wybrać się wcześniej a nie zaczynać zwiedzania w samo południe.

Powrót z Błędnych Skał na parking prowadzi wybetonowaną ścieżką okalającą wzgórze i zajmuje ok. 15 minut. Jest trasą jednokierunkową a po prawej stronie rozciąga się piękny widok na góry i pobliskie czeskie miasteczko.

Widok na czeską stronę w drodze powrotnej z Błędnych Skał

 

Powrót na dolny parking, gdzie stał nasz blaszany mustang zajął Piernikowi ok 45 min. Moje nogi na myśl o powrocie na piechotę w dół po stromiznach same zaczęły stawać w miejscu i wymogły na mnie decyzję o zjeździe samochodem. Z tym, że nasz samochód na dole już był więc nie pozostawało nic innego jak poczekać na otwarcie drogi dla samochodów wyjeżdżających z parkingu i znalezienie jakichś uprzejmych turystów, którzy ulitowaliby się nad pokraką. Sympatyczny pan z Piaseczna podróżujący z synem bez wahania zaoferował swoją pomoc (za co jeszcze raz dziękuję) i tak pokonałam 3 km w klimatyzowanym samochodzie a kiedy podjechaliśmy pod dolny parking z lasu wychynął ujajany, upocony ale zadowolony Piernik. Nikt na nikogo czekać więc nie musiał, ruszyliśmy zatem prędziutko w stronę Kudowy – Zdrój w poszukiwaniu pożywienia, bo czas już był na konsumpcję najwyższy.

Kudowa Zdrój – pierwsze wrażenia

Najpierw jak zwykle, irytujące poszukiwania miejsca do parkowania, potem kurzgalop na  głodzie w poszukiwaniu jadła – najlepiej domowego, co nam się udało w zatłoczonym na maxa barze mlecznym (z barów mlecznych korzystamy może nie często, ale nigdy się nie zawiedliśmy) a następnie posileni dziarskim krokiem przemierzyliśmy Park Zdrojowy aby dobiec przed zamknięciem do Kaplicy Czaszek. No cóż, brakło nam 2 minuty, niby do 17.15, ale 17.02 siostrzyczka zamknęła, dosiadła roweru i odjechała w nieznanym kierunku, więc spróbujemy może następnego dnia.  Na pocieszenie każdy wybrał po lodzie,  z którym to, krokiem znacznie mniej dziarskim, przemierzaliśmy elegancki kudowski Park Zdrojowy.

Park Zdrojowy Kudowa

 

Tego dnia między eleganckich spacerowiczów – kuracjuszy i turystów co i rusz wbiegali oklaskiwani upoceni i umęczeni uczestnicy Dolnośląskiego Festiwalu Biegów Górskich. W Kudowie metę miał 130 kilometrowy Super Trail 130. Brawo i szacuneczek, naprawdę!

Kudowa-Zdrój jest uzdrowiskiem z wieloletnią tradycją, Park Zdrojowy nie tylko pełen zabytkowych budowli,

Pierniczka pod palmami, nie jest to południe Europy, ale Polski – Kudowa

 

egzotycznych przedstawicieli fauny, w tym palm i wszelakiego kwiecia ale i ludzi.

Obserwacje kuracjuszy postanowiliśmy zostawić sobie na później i zdecydowaliśmy wrócić do cichego o tej porze roku Zieleńca.

Duszniki Zdrój


Po drodze zatrzymaliśmy się w Dusznikach-Zdroju, również w Parku Zdrojowym, ale tu w porównaniu z Kudową przyjemna cisza i spokój i tylko kuracjusze przechadzają się alejkami, przysiadają na ławeczkach na pogawędkę lub idą do Pijalni Wód napełnić buteleczki.

Sanatorium w Dusznikach

 

My też degustujemy oferowane  wody o pięknych nazwach Pieniawa Chopina (w Dusznikach leczył suchoty) i Jan Kazimierz.

Ujęcie wód mineralnych w Pijalni Wód w Dusznikach – Zdroju

 

Wody w smaku żelaziste, piliśmy bez przyjemności, no nie był to zimny browar niestety, mamy nadzieję, że może chociaż woda była zdrowsza. Przeszła nam przez głowę myśl czy nie udać się na dancing do restauracji Parkowa (godz. rozpoczęcia 19.00, wstęp 3 zyla) ale zmęczeni dniem całym, nieświezi i nieodpowiednio odziani zrezygnowaliśmy. Wracamy więc do pensjonatu w Zieleńcu i odpoczywamy.

Drugiego dnia wstajemy dość późno, decydujemy się zjeść śniadanie w upatrzonym barze w Dusznikach, który jak się okazuje ma wakacyjną przerwę w działalności, więc jemy na ławeczce w rynku śniadanie zakupione uprzednio w pobliskim sklepie. Czasem można się na ławeczce przespać, czasem coś skonsumować, najlepiej na wszelki wypadek w obcym mieście, żeby uniknąć mogącego się pojawić uczucia obciachu przy okazji spotkania kogoś znajomego, (czyżby anonimowość zwalniała z bycia eleganckim?:)

Zadowolony Piernik ukryty na ławeczce w zaroślach na Rynku w Dusznikach tuż po konsumpcji śniadania zakupionego w pobliskim sklepie

Wambierzyce

Po śniadanku obraliśmy kierunek Karłów, do którego docieramy okrężną drogą z powodu objazdu (Droga Stu Zakrętów, którą jechaliśmy poprzedniego dnia na Błędne Skały była zamknięta w tym kierunku – warto  się nią przejechać bo malownicza ona bardzo a i nazwa raczej zasłużona). Dzięki zmianie trasy trafiamy do Wambierzyc, zwanych śląską Jerozolimą.

Zwiedzamy renesansową bazylikę będącą Sanktuarium Maryjnym, rzucamy tylko okiem na Kalwarię i ruszamy dalej. Po dotarciu do Karłowa zostawiamy samochód na dużym parkingu u Karola chyba (10 zł dzień, można obok postawić za 5 zł) i napełniając plecaczek piciem i herbatnikami ruszamy w stronę Szczelińca, najwyższego szczytu w Górach Stołowych 919 m.

Szczeliniec Wielki

Brukowana droga, a w zasadzie deptak ze straganami gastonomiczno-handlowymi znajduje się tuż przy parkingu, na którym pozostawiliśmy samochód. Deptak wygląda jak małe Krupówki, ludzi sporo, oscypek z żurawiną, lody, gofry, magnesy, ciupagi, śmieszne koszulki itp. Znamy to. Szczeliniec z dołu wygląda jak wielki spękany blok skalny porośnięty lasem.

Karłów – deptak będący początkiem drogi na Szczeliniec

 

Po ok. 10 minutach spaceru deptakiem dochodzimy do ścieżki prowadzącej do schroniska Na Szczelińcu i na sam Szczeliniec właśnie. Droga opisana w internecie jako dość łatwa, tylko 665 schodów a potem ścieżka z poręczami. „Nawet 6-letnie dziecko sobie poradzi”, można przeczytać w internecie, nie wierzcie! Zależy jakie dziecko. W związku z tym ja, Pierniczka, osoba sprawna zdecydowanie inaczej, analizując wszystkie za i przeciw oraz czując wyraźnie w stawach wejście na Błędne Skały dnia poprzedniego zdecydowałam się puścić Piernika na samotną wyprawę a sama wróciłam na deptak. Spacerowałam sobie niespiesznie przycupując na coraz to innej ławeczce i prowadząc bardzo ciekawe obserwacje przelewającej się po deptaku ludności. Piernik w tym czasie wspinał się po schodach, a po minięciu schroniska szedł dalej w pozycjach różnych przeciskając się pomiędzy skałami, kucając, klęcząc prawie, dopasowując kształt swojego giętkiego ciała do kształtu szczelin (kiedyś w bajce naszego dzieciństwa robił tak Barbapapa:).

Schronisko Na Szczelińcu

I zarówno Piernik, jak i inne osoby schodzące z góry nie potwierdzały opinii, że jest to całkiem łatwa trasa. Nikogo absolutnie nie chcemy odciągać od pomysłu pójścia tą drogą. Trzeba tylko zmierzyć siły i pamiętać, że ruch jest jednostronny i zawrócić w połowie drogi przy takim tłumie jest ciężko. A ludzi w sezonie jest dużo, więc marsz odbywa się  noga za nogą, co oczywiście nieco umniejsza walory wycieczki. Ale mimo trudów widoki i wrażenia absolutnie tego warte. Na Szczelińcu można zobaczyć różnorodne formy skalne przypominające swoim wyglądem ludzi i zwierzęta dlatego właśnie na trasie pojawia się Wielbłąd, Mamut, Słoń, Kwoka, Małpa, Pies, Żółw, Sowa. Są też głębokie wąwozy tworzące skalne labirynty – Diabelska Kuchnia i Piekiełko. Pięknie, prawda?

Po zdobyciu Szczelińca (albo tylko deptaku pod Szczelińcem:) pojechaliśmy do pobliskiej Kudowy,  a w zasadzie najpierw do Czermnej gdzie tuż obok miejscowego cmentarza i kościoła znajduje się Kaplica Czaszek.

Kaplica Czaszek

„Wielki wspólny grobowiec ofiar wojen Śląskich z lat 1740-1742 i 1744-1745 oraz chorób zakaźnych z XVIII wieku, którego ściany i sufit wyłożone są 3 tysiącami czaszek i kości ludzkich. Pod podłogą spoczywa dalsze kilkadziesiąt (20-30 tys) szczątków ludzi. Kaplica wybudowana została w 1776 roku przez księdza Wacława Tomaszka, któremu budowa kaplicy, zbieranie szczątków, dezynfekcja i impregnacja oraz układanie szczątków zajęły osiem lat…  Kaplica Czaszek to jedyny tego typu obiekt w Polsce i jeden z trzech w Europie”. (zródło http://www.kudowa.pl/pl/atrakcje/kaplica-czaszek)

Tyle suche fakty, Miejsce to przedziwne, z jednej strony, jak mówi oprowadzająca zakonnica, skłaniające do refleksji, zadumy, przypominające o kruchości życia i uświadamiające, że wobec śmierci wszyscy jesteśmy równi. Z drugiej strony ilość nagromadzonych czaszek i kości jest tak duża, że przestaje przerażać. Patrzy się na nie z zaciekawieniem, ale i lekką obojętnością zwłaszcza, że do małej kaplicy wpuszczana jest duża ilość ludzi a tłum nie sprzyja zadumie. Kaplica Czaszek jest miejscem ciekawym, unikatowym, na pewno wartym odwiedzenia a odczucia każdy ma swoje, więc jeśli będziecie w okolicy odwiedźcie po prostu Kaplicę Czaszek. Sprawdźcie godziny otwarcia, latem zamykają o 17.00.

Zdjęć w samej kaplicy robić nie można, dołączamy więc materiał zastępczy.

Po wizycie w Kaplicy zjedliśmy obiad  a po obiedzie pozwoliliśmy sobie na pyszną kawę i deser w cukierni Ptyś nieopodal parku. Hm … jakie słodkie, jakie pyszne to było. W końcu urlop, to i pokusom mus ulec 🙂

Po takim dniu wieczorem można było tylko leżeć i planować atrakcje na dalsze dni.

Torfowisko pod Zieleńcem

Trzeciego dnia potraktowaliśmy się nieco łagodniej, chociaż i tak w czasie wyjazdu zasuwaliśmy ok 11-15 km dziennie, czego na co dzień nie robimy, więc ciała się nieco buntują. Przed południem wybraliśmy się do Rezerwatu Przyrody „Torfowisko pod Zieleńcem”. Przyjemna trasa (ta faktycznie jest dla wszystkich)

Widok z platformy widokowej w drodze na torfowisko
Kładka przez torfowisko
teren wszędzie podmokły, porośnięty ciekawą roślinnością
Pierniki na torfowisku, ale nie tak starzy jak torf

 

Rosiczkę widzieliśmy niestety tylko na tej tablicy

 

Tę trasę polecamy wszystkim, krótka, przyjemna, ciekawa.

Zieleniec – wyciągi całoroczne

Po torfowisku postanowiliśmy spojrzeć na Zieleniec z góry. Skorzystaliśmy z wyciągów całorocznych.
Wjechaliśmy wyciągiem krzesełkowym Gryglówka, przeszliśmy granią z pół kilometra i po chwili napawania się widokami zjechaliśmy w dół wyciągiem Nartorama. Cena biletu 18 zł w dwie strony – w ramach jednego biletu można korzystać z obu wyciągów. Kawałek dalej, już po czeskiej stronie jest restauracja i schronisko Masarykova Chata z podobno dobrym i niedrogim czeskim jedzeniem.

My po zjechaniu w dół uraczyliśmy się pysznie w barze tuż przy wyjściu z wyciągu Nartorama – pierogi ruskie i pstrąg były bardzo dobre.

Pokochawszy …

Po obiadku w Zieleńcu postanowiliśmy wziąć udział w spotkaniu autorskim z prof. Jerzym Bralczykiem i jego żoną dr. Lucyną Kirwil. Informację o spotkaniu wyczytaliśmy z plakatu w Parku Zdrojowym w Dusznikach. Spotkanie promujące wspólne dzieło państwa Bralczyk, „Pokochawszy” było ciekawe, momentami szalenie zabawne (pan profesor jest cudownym gawędziarzem) momentami poważne, ale z całą pewnością wartościowe.  Nie planowaliśmy udziału w tym wydarzeniu, bo dowiedzieliśmy się o nim przypadkowo, ale stanowiło ono ubarwienie naszego wyjazdu, poza  dostarczeniem radości naszym oczom i ciałom, dostarczyliśmy ich także naszym uszom i głowie.

A wracając na parking po spotkaniu trafiliśmy na tak oto udekorowany samochód. Zakładamy, że uwieczniony na poniższym zdjęciu wóz został pięknie przystrojony z okazji 80-tych urodzin pani Ani.
Fajny, nie?

Po dniu pełnym wrażeń udaliśmy się na zasłużony spoczynek, a następnego dnia, również wcześniej niezaplanowanie postanowiliśmy pojechać do Wałbrzycha, żeby zobaczyć tajemniczy Zamek Książ.
O tym jednak w kolejnym odcinku.

 

2 Replies to “Góry Stołowe i okoliczne uzdrowiska – lekka wersja dla Pierników

  1. No Kochane Pierniki. Fantastyczna wyprawa. A relacja z niej…..usmiech nie schodził mi z twarzy. Więc piszcie, piszcie….więcej, więcej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *