Tajlandia 2019/2562 Chiang Mai pierwsze wrażenia i festiwale Loy Krathong i Yi Peng

Pierwsze wrażenie

Jadąc do Chiang Mai przeczytaliśmy nieco w internetach o tym miejscu i obejrzeliśmy wiele pięknych zdjęć. Spodziewaliśmy się urokliwego niewielkiego miasta, z mnóstwem świątyń, wspaniałych uliczek i klimatycznych lokali z pysznym jedzeniem. Pierwsze wrażenia z Chiang Mai nie były jednak aż tak pozytywne. Chiang Mai jest dość dużym, hałaśliwym miastem z nieco chaotyczną zabudową. Oczywiście nie ma porównania do Bangkoku. Chiang Mai jest znacznie mniejsze i spokojniejsze, ale nie jest to spokojne miasteczko u podnóża gór.

Uroki tego miasta odkrywaliśmy stopniowo. Jak chyba w całej Tajlandii obok miejsc zapierających dech w piersiach z zachwytu, łatwo można znaleźć miejsca, które zapierają dech z zupełnie innych powodów. Pierwsze kroki skierowaliśmy za mury, do tzw. Old City.

Old City

Jeśli spodziewacie się znaleźć za murami starówkę, na miarę miast europejskich to jej nie znajdziecie. Kiedy jednak zaczęliśmy zagłębiać się w uliczki, wchodzić na tereny watów czyli buddyjskich świątyń, których w samym Old City jest ok. 40 to po pierwszym lekkim rozczarowaniu chcieliśmy oglądać i odkrywać coraz więcej.

drewniany 100-letni dom mieszczący Massage Center By ex-Prisoner

Pierwszym naszym odkryciem w Chiang Mai był widoczny na zdjęciu ponad stuletni drewniany dom, w którym byłe więźniarki wykonywały różne odmiany masażu, w tym przede wszystkim osławiony thai massage. Nazwa tego miejsca to Women’s Massage Center by Ex-Prisoner przy Jhaban Road niedaleko Pomnika Trzech Króli. Nawiasem mówiąc podobno robią tam całkiem dobry masaż, nam nie udało się zapisać w dogodnym dla nas terminie.

Chwila dla reportera, pierwszy Pad Thai za nami

Obok budynku jest bardzo przyjemny ogródek restauracyjny gdzie zjedliśmy pierwszego w czasie tego pobytu pad thaia i wypiliśmy świeżo wyciskany sok z arbuza.

Pierwszy spacer po Old City z minuty na minutę stawał się coraz ciekawszy, a upał coraz mocniejszy 🙂 Chłodniejsze bywają chyba tylko poranki. O tym co można zobaczyć w Chiang Mai w kolejnym wpisie. A w tym skupimy się na Festiwalu Loy Krathong i Yi Peng (Yee Peng), który zobaczyliśmy na własne oczy poczuliśmy na własnej skórze pierwszego wieczoru.

Loy Krathong i Yi Peng

Loy Krathong i Yi Peng (Yee Peng) to dwa święta, które odbywają się podczas pełni dwunastego miesiąca wg tajskiego kalendarza księżycowego Wypada to zwykle w listopadzie. Kupując bilety na samolot i planując nasz pobyt w Tajlandii nie wiedzieliśmy, że to wydarzenie wypada właśnie w dniu naszego przyjazdu do Chiang Mai. Kiedy się zorientowaliśmy, braliśmy pod uwagę zmianę planów. Baliśmy się tłumów (i słusznie) i chcieliśmy zmienić kolejność odwiedzanych miejsc. Ostatecznie stwierdziliśmy, że skoro los podsuwa nam możliwość zobaczenia festiwalu lampionów to z tego skorzystamy. I tak 11 listopada 2562 roku znaleźliśmy się w Chiang Mai. Czy żałujemy decyzji? Absolutnie nie! Zobaczyliśmy Chiang Mai i piękne okolice, a dodatkowo mieliśmy okazję uczestniczyć w czymś, czego u nas nie mielibyśmy szansy zobaczyć.

Udekorowane lampionami ulice przy Bramie Wschodniej czyli Tha Phae Gate
Lampiony sprzedawane są także przy świątyniach

Loy Krathong to dosłownie tłumacząc znaczy „spławianie tratewek” a Yi Peng to Festiwal Lampionów – dwa święta nakładające się na siebie.
Festiwal Lampionów obchodzony się głównie na północy kraju, najbardziej widowiskowo właśnie w Chiang Mai. Loy Krathong czyli puszczanie na wodę malutkich tratewek ozdobionych kwiatami, świeczkami czy kadzidłami popularne jest także w innych częściach Tajlandii, w tym w Bangkoku czy Krabi.

Widok na rzekę Ping

Jeśli chcecie jednak zobaczyć jak barwnie i hucznie obchodzone są oba święta w jednym miejscu, to Chiang Mai jest właśnie tym miejscem. Dla Tajów to radosny czas wspólnego świętowania.

jedna z ulic Old City

Kolorowymi lampionami przystrojone są ulice, domy, sklepy, restauracje a przede wszystkim świątynie.

Posąg Buddy siedzącego pod drzewem w Wat Phantao

Na placu przy pomniku Trzech Króli, przy bramach do Old City, wzdłuż fosy, wszędzie widać świąteczne dekoracje.

Plac przy Pomniku Trzech Króli, Three Kings Monument

Plac przy pomniku Trzech Króli jest też miejscem, gdzie na przygotowanej scenie i w jej okolicach odbywają się różne imprezy towarzyszące, występy artystów, konkursy. W ciągu dnia odbywa się również na terenie starego miasta kolorowa parada. My z tych atrakcji widzieliśmy niewiele, więc trudno nam o tym szczegółowo opowiadać.

Na placu przy Pomniku Trzech Króli można było przygotować własne kratongi

Dekoracje wyglądają przepięknie a największy urok mają po zmroku. Główne obchody święta odbywają się nad rzeką Ping pomiędzy mostami Nakhon Ping Bridge, kładką/mostem Chansom Memorial Bridge (Khua Kag) aż do Nawarat  Bridge. Tam właśnie nieprzebrane tłumy ludzi z całego świata wypuszczają w powietrze lampiony i wypuszczają na rzekę ozdobione kwiatami i świeczkami kratongi.

Khom loi odlatując a krathong odpływając, zabierają ze sobą nieszczęścia, każdy chce więc wypuścić w powietrze lampion z palącą się świecą lub położyć na wodzie ozdobny krathong i dać mu odpłynąć. Ta możliwość przyciąga naprawdę masę ludzi. Widok co prawda jest niesamowity, lampiony wyglądają pięknie, ale tłum zaczął nam w którymś momencie skutecznie zakłócać odbiór wszystkich wrażeń. Nie dość, że w okolicach mostów ciężko było przejść to z minuty na minutę rosła obawa, że któryś z lampionów w całości lub części spadnie na nas lub innych ludzi. Piernik bał się szczególnie o swoje bujne (niegdyś:) owłosienie.

Ludzie puszczają lampiony nie tylko w miejscach zwyczajowo przyjętych, ale w całym mieście, mimo, że kilka lat temu puszczanie lampionów poza wyznaczonymi miejscami zostało zakazane.

Ruch na ulicach, przez które przelewa się rzeka turystów nie jest wszędzie wstrzymany. Dla nas było to nie tylko niewygodne, męczące ale po prostu niebezpieczne. Święto Lampionów wywołało w nas mocno mieszane uczucia. Z jednej strony widok, zwłaszcza z oddali na niebo usiane lampionami jak gwiazdami, na tle księżyca w pełni jest absolutnie niezwykły i przepiękny.

Rzeka Ping, po której płyną kratongi

Przepięknie wyglądały buddyjskie świątynie w takiej kolorowej, świetlistej oprawie. Atmosfera w tych miejscach tego właśnie wieczoru była niezwykła i uroczysta.

I tam nawet ten międzynarodowy tłum nieszczególnie nam przeszkadzał. Ale z drugiej strony, ilość ludzi i niebezpieczeństwo jakie puszczanie lampionów ze sobą niesie jest ogromnym minusem.

Musimy wspomnieć, że w okolicach Chiang Mai jest kilka miejsc m.in. Lanna Dhutanka Buddhist Center, ok 20 km od miasta, gdzie w dniu festiwalu można wziąć udział w biletowanych uroczystościach na 3-5 tys. osób. Festiwal lampionów połączony z możliwością medytowania w centrum, z kolacją i udziałem w imprezach towarzyszących, bilety od 3500 bahtów. Obchody święta w takich miejscach mają bardziej religijny charakter. Szczegóły na stronie:
https://www.yipengchiangmailaternfestival.com

My pozostaliśmy w mieście i oglądaliśmy obchody święta w tłumie nad rzeką.

samo wejście na most było wyzwaniem

Ale właśnie te tłumy ludzi i tysiące wypalonych lampionów będących zagrożeniem dla środowiska spowodowały, że nie staliśmy się fanami tego święta. Każdy oczywiście sam decyduje, na ile chciałby w takim wydarzeniu uczestniczyć. Nam ten raz na pewno wystarczy. Tyle pierniczenia …

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *