Tajlandia 2019/2562 Wyprawa na najwyższy szczyt Tajlandii Doi Inthanon

Park Narodowy Doi Inthanon

Pierniki na najwyższym szczycie Tajlandii – może to pierwszy krok do zaliczenia korony ziemi? Wszystko przed nami…no w każdym razie wiele 🙂

w drodze do wioski Karenów

Pomysł na wyprawę w góry powstał już na miejscu w Chiang Mai. Dłuższy czas, jeszcze w Polsce, zastanawialiśmy się czy pojechać do Chiang Rai (w celu zobaczenia słynnej białej świątyni) czy może lepiej odwiedzić któryś z okolicznych parków narodowych. Po przeczytaniu kilku opinii oraz posłuchaniu opinii ludzi jadących z nami red carem do Elephant Jungle Sanctuary postanowiliśmy jednak wybrać park narodowy Doi Inthanon.
The White Temple jest niezwykła, ale jest też równie piękna co kiczowata.
Czy dla samej białej świątyni warto się tłuc 200 km w jedną stronę? Ci, którzy to zrobili twierdzili, że nie. My opierając się na opiniach innych oraz własnej intuicji zrezygnowaliśmy z jazdy do Chiang Rai,

A więc zamiat Chiang Rai – park narodowy Doi Inthanon. Wycieczkę kupiliśmy w jednym biur turystycznych w okolicach naszego hotelu. Okazało się, że agencję turystyczną PM-Tours, bo tak nazywało się to miejsce, prowadzi wraz z żoną Tajką, bardzo miły pan Holender. Bardzo chwali sobie klimat Chiang Mai, kuchnię północnej Tajlandii i mieszkających tam ludzi. Pan Holender nie był ostatnim ekspatem, którego spotkaliśmy w Tajlandii, który zdecydował się tu mieszkać i pracować. Wielu spotkaliśmy na wyspie Koh Chang, ale o tym opowiemy później, Oczywiście zaraz sami zaczęliśmy się zastanawiać, czy i my moglibyśmy i czy naprawdę chcielibyśmy przenieść się do Tajlandii. Temat otwarty a póki co wracamy do wycieczki:).

Wycieczkę kupiliśmy i następnego dnia ruszyliśmy w nieznane. Cena wywoławcza wycieczki to 1.200 baht za os, zapłacilimy niewiele mniej. W cenie wycieczki transport, anglojęzyczny przewodnik i lunch.

Wioska plemienia Karen

Następnego dnia rano pod nasz hotelik podjechał klimatyzowany van, z dwiema paniami przewodniczkami oraz kilkoma wycieczkowiczami na pokładzie.

W oczekiwaniu na transport, Chiang Mai o poranku

Po odebraniu wszystkich uczestników wycieczki i zapełnieniu vana w 100% czyli do 10 osób na pokładzie, ruszyliśmy zdobywać szczyty. Pierwszym punktem wycieczki była wizyta w wiosce plemienia Karen.

nowoczesność w wiosce, prąd, eternit i folia

Była to już nasza druga wizyta ( pierwsza w wiosce Hmong ) w miejscu gdzie do niedawna (jeszcze 15-20 lat temu), rdzenni mieszkańcy, niczym nie niepokojeni, spokojnie uprawiali swoje poletka ryżowe, krzewy kawowe i palili uprawiane przez siebie opium.

satelita musi być, wiadomo 🙂
Zimą suche poletka ryżowe

Teraz na potrzeby branży turystycznej pozują do zdjęć, sprzedają uprawianą i paloną tutaj kawę oraz wyrabiane ręcznie szale i chusty. Czy lepiej im się żyje w takiej rzeczywistości ?

warsztat tkacki w wiosce

Młodszemu pokoleniu pewnie tak ale po starszych osobach widać było, że maja mieszane uczucia.

jedna z mieszkanek wioski

Wioska jest teraz raczej żywym skansenem, niewiele w niej autentyczności. Turystom wizyta w takim miejscu daje jednak możliwość poczucia jak życie w wioskach mogło wyglądać w niedalekiej przecież przeszłości. A mieszkańcom daje po prostu utrzymanie. Wioski zamieszkiwane są głównie przez osoby starsze, młodzi dawno przenieśli się do miast. Tajlandia nie różni się w tym trendzie od innych państw. I tego trendu nikt nie jest w stanie zatrzymać. Każdy chce żyć wygodniej. Możemy tylko pospieszyć się, żeby jeszcze zobaczyć to, co ocalało. W Polsce również.

Po wypiciu w miarę dobrej kawy (w dalszym ciągu nie możemy znaleźć równie pysznej jak tej we Lwowie  ) ruszyliśmy w dalszą drogę.

krzewy kawy

Wodospady Sirithan i Wachirathan

Szczęśliwe Pierniki, jeszcze suche

Kolejnym etapem naszej wycieczki były dwa wodospady. Pierwszy to 40-metrowy Sirithan waterfall,  do którego dojście prowadzi drewnianymi schodami. Bardzo przyjemne miejsce. Za chwilę jednak dane nam było zobaczyć kolejny wodospad dwa razy większy.

Sirithan
Sirithan

Przepraszamy za złą jakość zdjęć, ale dzień wycieczki był najbardziej pochmurnym, mglistym i deszczowym dniem jaki przeżyliśmy w Tajlandii podczas naszych dwóch pobytów.

Tym dwa razy większym wodospadem jest robiący duże wrażenie wodospad Wachirathan. Widać go już z parkingu, dojście kamienno-drewnianą ścieżką. Im bliżej wodospadu tym stawaliśmy się bardziej mokrzy. Jakoś nie przyszło nam do głowy, żeby założyć na grzbiety nasze przeciwdeszczowe kurtki. Tyle lat doświadczeń, a ciągle popełniamy błędy:)

Jeszcze sucho, jeszcze ciepło 🙂
Już mokro i chłodno
wyobraźnia jedynie podpowiadała nam jak pięknie wyglądać może tutaj tęcza

Widzieliśmy, słyszeliśmy i czuliśmy na własnej skórze, że jesteśmy przy wodospadzie.

na szczyt wodospadu prowadzi ścieżka, opcja dla chętnych

Z opowieści i zdjęć, które widzieliśmy w internecie wiemy, że gdy świeci słońce wodospad jest opleciony tęczą a kropelki wody unoszące się nad wodospadem, mienią się w powietrzu różnymi barwami. Nam niestety nie dopisała pogoda i nie mogliśmy zobaczyć tych niesamowitych efektów. Nie mniej jednak wodospad nawet w pochmurny dzień robi wrażenie swoją urodą i potęgą.

W cenie wycieczki przewidziany był również lunch, który zjedliśmy słuchając szumu spadającej z wysokości osiemdziesięciu metrów wody.

Szczyt Doi Inthanon

Teraz już punkt kulminacyjny wyprawy czyli Doi Inthanon Summit wznoszący się na wysokość 2565 m npm. Jest to najwyższy szczyt Tajlandii należący do końcowego albo początkowego pasma Himalajów. Sami widzicie, że jest to nie byle jaka góra. Najedzeni, spojrzeliśmy w niebo i stwierdziliśmy, że akurat teraz jest okno pogodowe i możemy zaatakować szczyt.

Nie było to łatwe. Stromizny powodowały, że silnik rzęził ostatkiem sił a przerażony kierowca pocił się mimo chłodu:). Jednak po 40 minutach szczyt został zdobyty! Dojechaliśmy na parking 🙂

oto dowód na to, że stanęliśmy na najwyższym szczycie Tajlandii 🙂
Zdobywcy

Jak to w górach, pogoda zmienną jest. Na górze przywitała nas temperatura 11 st C, duża wilgotność i gęstniejąca mgła.

Nazwa szczytu została nadana na cześć króla Inthawichayanona, który bardzo był zaangażowany w ochronę lasów północy i nakazał by jego szczątki złożono właśnie na tej górze.

W Tatrach na wysokości powyżej 2300 m znajduje się piętro turniowe, obszar właściwie pozbawiony roślinności. Tutaj na wysokości 2565 m mamy las deszczowy.

patrząc na tę zieleń trudno uwierzyć, że jesteśmy tak wysoko

Niesamowitych wrażeń dostarczył nam kolejny spacer przez dżunglę ale jakże inną niż tą którą do tej pory widzieliśmy. Szliśmy wytyczonym kładką, szlakiem Ang Ka Luang. Trasa wiodła pomiędzy powykręcanymi omszałymi drzewami a brak słońca powodował, że las stawał się bardzo tajemniczy a czasami wręcz przerażający. Zdjęcia na pewno nie oddadzą tego nastroju, tych widoków, tego zapachu, tych dźwięków. Ale rzućcie okiem …

droga przez las deszczowy prowadzila mokrą, drewnianą kładką

Uwielbiamy chodzić po lasach, ale takiego nie widzieliśmy nigdy. W tym właśnie momencie mocno żałowaliśmy, że uczestniczyliśmy w zorganizowanej wycieczce i czas przejścia był wyliczony. Nie było możliwości zatrzymania się na dłużej na kładce prowadzącej przez las
i podziwiana tego cudu natury.

Z powykręcanych gałęzi skapywały krople wody. Mgła stawała się coraz gęściejsza, panowała jakaś przedziwna cisza. Niezwykłe miejsce, niezwykły klimat, ale … musieliśmy iść dalej, bo nasza coraz bardziej sina z zimna przewodniczka delikatnie ale stanowczo poganiała maruderów.

spotkaliśmy tam „drzewo parówkowe”, niestety nie wiemy cóż to za gatunek, gdyby ktoś wiedział co to za cudo, prosimy o info w komentarzu

Pagody Króla i Królowej

Poniżej szczytu znajdują się dwie pagody wybudowane przez Tajów na cześć panującego 70 lat, króla Bhumibola Adulyadeja i królowej Sirikit. Pagody stoją na sasiadujących ze sobą wzniesieniach. Aby dostać się tak do jednej jak i drugiej należy pokonać ponad sto schodów. Można skorzystać również ze schodów ruchomych.

Pomiędzy pagodami można spacerować po pięknych, ukwieconych ogrodach.

tak z tyłu jest jedna z pagód 🙂

Jedną z najważniejszych atrakcji turystycznych tego miejsca jest punkt, z którego rozciąga się przepiękny widok na pokryte dżunglą doliny i wzniesienia parku narodowego. Mieliśmy podobno sporo „szczęścia”. Trafiliśmy na mgłę, deszcz i w obiecywanych widoków nie zobaczyliśmy właściwie nic. Aby zobaczyć jak może wyglądać to miejsce musicie obejrzeć zdjęcia na innych blogach:) My za to wmówiliśmy sobie, że mieliśmy niesamowite szczęście i mogliśmy zobaczyć te wszystkie miejsca w niecodziennej jak na Tajlandię odsłonie. Tacy z nas szczęściarze 🙂

piękny widok na park narodowy Doi Inthanon, podobno ….

W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się jeszcze na targu owocowym, ostatnim punkcie programu wycieczki. Targ wygląda na miejsce stworzone wyłącznie pod turystów. Wybór owoców, warzyw, orzechów różnego rodzaju całkiem spory, ceny … turystyczne, a my zdecydowaliśmy się na zakup całkiem smacznych herbat. Do hotelu wróciliśmy ok godz. 17.00.

Na wycieczkę na najwyższy szczyt Tajlandii wybraliśmy, nie do końca zamierzenie, najbrzydszy dzień w czasie całego naszego pobytu. Ale jeśli wmówiliśmy sobie, że dzięki temu była to wyjątkowa wycieczka, to niech tak zostanie. Reszta dni spędzonych w Tajlandii była pogodowo nudna bo sucha, słoneczna i ciepła. A sam szczyt Doi Inthanon był chyba najmniej atrakcyjnym punktem całej wycieczki, za to wodospady, las deszczowy, a i wioskę Karenów polecamy. I chyba dobrze zrobiliśmy wybierając tę wycieczkę zamiast wyjazdu do Chiang Rai, ale pewności nie mamy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *