Tajlandia rok 2019/2562 – nasza podróż z Warszawy do Chiang Mai

Nasza najdłuższa podróż w życiu Warszawa – Chiang Mai przez Doha i Bangkok

Naszą drugą wizytę w Tajlandii ( o pierwszej przeczytacie tutaj ) postanowiliśmy rozpocząć od Chiang Mai, największego miasta na północy kraju a trzeciego co do wielkości w Tajlandii. Tyle, że Bangkok ma ok. 8 milionów mieszkańców a Chiang Mai „zaledwie” ok. 180 tys. Dotrzeć do Chiang Mai postanowiliśmy jednym rzutem, bez nocowania w Bangkoku.

Lot Qatar Airways przebiegł bez zarzutu, bez opóźnień, jedzenie dobre, rozrywka na pokładzie absolutnie wystarczająca, panie stewardesy ładne i miłe:)

Menu na pokładzie – jadło limitowane, napoje nie, z czego niektórzy pasażerowie skwapliwie korzystają, umilając sobie alkoholem długą podróż

Lecieliśmy samolotem wyposażonym w kamerki, z których obraz, można było oglądać na ekranach umieszczonych w oparciach poprzedzających nas foteli. Widok z trzech różnych ujęć, zwłaszcza przy starcie, było mega frajdą. Patrzyliśmy w kamerki i przez okno jak dzieci na bajkę Disneya.

Wiemy jak bardzo szkodliwa jest masowa turystyka, jak bardzo, obecny gigantyczny ruch lotniczy niszczy środowisko, ale start samolotu jest jakiś magiczny. Odrywasz się od ziemi i lecisz w nieznane, albo znane, po przygodę :).

Start z lotniska w Doha

Wylecieliśmy z Warszawy o godz 15.50 w sobotę, potem przesiadka i krótkie oczekiwanie na lotnisku w Doha (dobrze robiące naszym kręgosłupom, kończynom i głowom)

Słynny żółty miś na lotnisku w Doha

i już o godz 12.55 (czas +6h) w niedzielę 10.11.2562r. nie zmęczeni lądujemy w Bangkoku.

oznak zmęczenia brak

Jeszcze przed lądowaniem w Bangkoku piękne panie stewardessy rozdały karty przylotu. Należy je wypełnić i pokazać podczas kontroli paszportowej. Jedna część karty zabierana jest przy wjeździe a drugą należy oddać przy wylocie. Po wylądowaniu w Bangkoku zaskoczyła nas trochę kontrola służb granicznych, gdzie oprócz sprawdzenia paszportu i karty przylotu, robią każdemu zdjęcie i pobierają odciski palców. Pierniczka ma spierniczone linie papilarne więc trochę jej się zeszło przed okienkiem tajskiego wopisty, ale wpuścili :). Na lotnisku kupujemy tajską kartę SIM, żeby zapewnić sobie internetową łączność ze światem.

Kupiliśmy kartę 30-dniową SIM ze 100GB internetu za 599 Baht. Do wyboru mamy też tańsze opcje 7-, 8- i 15-dniowe. Wybaczcie jakość zdjęcia, ale tacy z nas fotografowie jak … Pani sprzedająca kartę również robi xero paszportu i zdjęcie osobie kupującej. Nie wiemy czy w Tajlandii obowiązują jakieś przepisy dot. ochrony danych osobowych, ale wygląda na to, że nie bardzo. Mało to komfortowe, ale nie mamy wyboru, legitymują i fotografują wszystkich turystów.

Pociąg z Bangkoku do Chiang Mai

Z lotniska ruszamy na dworzec kolejowy. Ze względu na wieczne korki w Bangkoku wybraliśmy opcję podróży pociągiem Airport Rail Link, którego stacja znajduje się na dolnym poziomie lotniska (droga dobrze oznakowana, nie zgubiliśmy się :). Biletami są plastikowe żetony, które kupiliśmy w automacie. Żetony trzeba zachować, bo dzięki nim można nie tylko wejść przez bramki, ale również, co też ważne, wyjść.

Pociągiem Airport Rail Link dojechaliśmy do stacji Makkasan, gdzie przesieliśmy się do metra (MRT), uprzednio kupując bilet w kasie za 30 baht od jednej postaci. Tak dotarliśmy na dworzec Hua Lamphong.

Front dworca Hua Lamphong

Cała podróż z lotniska na dworzec zajęła nam ok godziny. Dojazd i przejścia pomiędzy stacjami nie przysporzyły żadnych problemów, wszystko dobrze oznakowane, a na każdym zakręcie stoi pan lub pani w służbowym wdzianku i chętnie udziela wskazówek. Bacznie jednak obserwują turystów. Mieliśmy wrażenie, że ci mundurowi stoją nie tylko po to by udzielać informacji turystom…

Dworzec jak dworzec, tyle, że u nas mało kto siedzi w poczekalni na podłodze

Pozostały jeszcze 2 godziny do odjazdu pociągu więc decydujemy się na posiłek w dworcowym bufecie, w którym od razu można poczuć klimat tamtejszego street foodu (dworzec foodu). Za jedzenie płaci się w kasie, która wydaje papierowe bony. Z tymi bonami udajemy się do lady gdzie wybieramy dodatki do ryżu lub makaronu i już możemy delektować się prawdziwym tajskim jedzeniem. Czekaliśmy na to z utęsknieniem, chociaż do warunków sanitarnych musimy się na nowo przyzwyczaić. My na szczęście mamy podwyższoną tolerancję na „podróżny” brud, ale tutaj było ciężko, bo dworzec rządzi się swoimi szczególnymi, nieczystymi prawami:).

Dworcowy bar na Hua Lamphong karmi nie najgorzej. za to mogłoby być czyściej …

Wyjścia na perony wyglądają nieco przyjemniej, a nasz pociąg do Chiang Mai już czeka na pasażerów.

Pierniki po i przed podróżą, po wielogodzinnym locie i przed wielogodzinną jazdą pociągiem, oznak zmęczenia w dalszym ciągu brak 🙂
Proszę wsiadać, drzwi zamykać! Pancerny pociąg czeka!

Bilety na pociąg kupiliśmy na stronie kolei tajskich 90 dni przed datą podróży pomijając w ten sposób agencje i oczywiście prowizje. Miejsca w klasie II były niczego sobie, w miarę czysto, jedyny mankament to nastawiona chyba na 16 stopni klimatyzacja, ale czytaliśmy o tym przed wyjazdem i byliśmy na to przygotowani. Poza tym właśnie przyjechaliśmy z Polski, był listopad, więc 16 stopni, to całkiem przyjemna temperatura :).

Wagon klasy 2 pociągu relacji Bangkok – Chiang Mai

W pociągu jest wagon barowy, całkiem przyjemny tajski WARS :). Można wybrać coś do jedzenia z kilku proponowanych zestawów. Jedzenie w miarę smaczne i apetycznie wyglądające. Można zjeść w „Warsie” można zamówić do swojego „stolika”. Pełen zestaw, jak na focie poniżej kosztuje 210 baht, jak na Tajlandię nie najtaniej, jak na pociąg OK.

Zestawy obiadowe w pociągu, z mięskiem lub bez

Po kolacji pani steward rozkłada kuszetki – prześcieradło, poduszka, koc i już jest dobrze. Zasłonki odgradzają łóżeczka od oświetlonego korytarza, koła turkocą, pociąg kołysze, oko na chwilę spada, trochę można odpocząć. Podróż z Bangkoku do Chiang Mai trwa ponad 12 godzin więc jest sporo czasu na sen, ale ze względu na 6 godzin różnicy jakoś z tym spaniem jest ciężko (nie dla wszystkich oczywiście, Piernik spał dobrze).

łóżeczko w miarę wygodne, a pościel czysta, niczego więcej nie trzeba

Po godzinie 6 rano pobudka, można zjeść śniadanko i przed godz. 8 docieramy do Chiang Mai.

Nareszcie, Chiang Mai!

Po wyjściu z pociągu zdziwiło nas … chłodne jak na Tajlandię powietrze, w cienkich bluzach z długim rękawem było nam w sama raz. No, ale górzysta północ Tajlandii ma klimat znacznie znośniejszy niż duszny Bangkok. Oczywiście w ciągu dnia upał rozkręcił się po tajsku, ale poranki rzeczywiście były chłodnawe. Do centrum miasta najlepiej i najtaniej dostać się Red truckiem czyli songthaew czyli współdzieloną taksówką zrobioną z pickupa. Na pace pod dachem, dwie równoległe ławki mieszczą 8-10 turystów, a jak trzeba i 12 szczuplejszych:) plus walizy między pasażerami. Koszt 40 baht od osoby, nie wiemy czy to jest cena sztywna, czy negocjowalna, raczej to drugie 🙂 My mieliśmy zarezerwowany hotel w okolicach bramy północnej starego miasta, ok 2,5 km od dworca.

Pierwsza, ale nie ostatnia jazda czerwoną taksówką, songthaew

Do hotelu docieramy ok. godz 9 zostawiamy bagaże (doba zaczyna się od 14) i rozpoczynamy podbój Chiang Mai. Podsumowując czas podróży: wyruszyliśmy z domu w sobotę ok. godz. 11 a na miejsce dotarliśmy w poniedziałek ok. godz. 9 (różnica czasu +6 godzin). 40 godzin ciągłej podróży to jak na Pierniki dobry wynik, w zasadzie najlepszy z dotychczasowych. A na dodatek nie czuliśmy się spierniczeni i mieliśmy wystarczająco dużo siły, żeby właśnie w poniedziałek uczestniczyć w wieczornych uroczystościach Loy Krathong i Yi Peng (Yee Peng), które odbywają się podczas pełni dwunastego miesiąca tajskiego kalendarza księżycowego, zwykle w listopadzie. A ta pełnia wypadała właśnie w dniu naszego przyjazdu do Chiang Mai. Loy Krathong i Yi Peng

Chiang Mai, rzeka Ping podczas Loy Krathong

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *